Szlagwort „Wina Tuska”

Drukuj

Nie jestem tuskowym fanatykiem, nie jestem fanatykiem w ogóle. Ale należę do rzadkiej coraz bardziej dzisiaj grupy dinozaurów wiernych swym przekonaniom politycznym od zawsze. Przy czym dla mnie owe od zawsze zaczęło się w Sierpniu 80 roku gdy od czterech miesięcy trwał już mój 17 rok życia.

Dlatego nie wiem co musiałoby się wydarzyć, żebym „zdradził” Lecha Wałęsę i Donalda Tuska. Lech był i pozostanie dla mnie zawsze I Przewodniczącym NSZZ Solidarność, a Donald będzie twarzą gdańskich liberałów spod znaku KLD, którzy zdobyli mój głos i serce od momentu ich powstania na przełomie lat 80/90. Stałość ta nie przysłania mi jednak zdrowego rozsądku – wiele razy wściekły byłem na nich obu, co uznaję za sygnał, iż mieszczę się w zakresie norm umysłowych rozwiniętego osobnika z gatunku małp nadrzędnych. Bo zdrowy rozsądek to dzisiaj słowa klucze.

Dzisiejszy Tusk, to nie jest oczywiście Donald z lat 90-tych. Polski, gdański, liberalizm ewoluował przecież na przestrzeni czasu, bo ewoluować musiał w państwie takim jak Polska. Polski wyborca nigdy nie był czysto, w znaczeniu: na wskroś, liberalny. Po ponad 40 latach komuny i sowieckiej indoktrynacji głęboki, książkowy liberalizm spod znaku Davida Friedmana, Friedricha Hayeka, czy chociażby Johna Stuarta Milla nie miał w Polsce prawa bytu. A i dzisiaj jeszcze ma niełatwo. Polski wyborca jest przede wszystkim konserwatywny. I to zarówno w prawicowym, jak i lewicowym kierunku. Nie znaczy to, że nurt liberalny nie jest Polsce potrzebny – jest i to bardzo, ale czystym liberalizmem wyborów się w Polsce nie wygra. A bycie wieczną opozycją to zaprzeczenie polityki przecież.

Tusk rozumiał to od dawna, takie przynajmniej odnoszę wrażenie, obserwując ewolucję jego poglądów i zachowań. Objęcie steru rządów w roku 2007 było, tak myślę, momentem zwrotnym w jego politycznym życiu. Od tego momentu właśnie da się zauważyć Tuska wyważonego w poglądach, racjonalnego, co wielu ma mu za złe. Nigdy jednak pewnie nie dowiemy się, w którą stronę by poszedł, gdyby nie wybuch w 2008 roku największego kryzysu finansowego na świecie od czasów Czarnego Czwartku na Wall Street 24 października 1929 roku. Przypomnieć wypada, że jego skutki trwały lata całe, a świat wychodzi z niego bardzo powoli po dziś dzień. Kto z dzisiejszych krytyków Tuska o tym pamięta dzisiaj, bezrefleksyjnie wypominając mu ciepłą wodę w kranie? Kto z dzisiejszych i ówczesnych krytyków rozumie, że praktycznie całe rządy Tuska, to była walka z tymże kryzysem? Czy totalna zawierucha światowa była dobrym czasem na rewolucyjne zmiany? Czy może jednak spokojne działanie nie było przejawem odpowiedzialności i przenikliwości? A może ciepła woda w kranie, to był sygnał, bardzo ważny wtedy dla większości obywateli, zmęczonych dwuletnimi rządami PiS – spokojnie, Polsko, nie będzie żadnych nowych wstrząsów? Można więc go za to tak mocno atakować? Przepraszam, ale krytyka tamtej polityki Tuska, to przejaw albo małostkowości, albo niezrozumienia procesów funkcjonowania świata. Dla mnie osobiście ciepła woda w kranie w tamtym czasie była jak sonety krymskie Mickiewicza. Kojąco działała na moją psychikę po pseudo rewolucyjnej wojnie Kaczyńskiego z lat 2005-07. Wielu wyborców, w tym i ja także, liczyło, że po roku, dwóch, leniwie płynąca ciepła woda zmieniać się będzie w bardziej wartki strumień. Ale wtedy właśnie stało się coś, czego nie był w stanie przewidzieć żaden najmądrzejszy nawet analityk. Pękła z hukiem, niczym bomba termobaryczna, olbrzymia bańka mydlana pompowana od lat przez banki i inne instytucje finansowe. Przypomnę, bo może niewielu pamięta, przed jakimi zagrożeniami stanęły wtedy wszystkie kraje na świecie. Realne stały się upadki banków, funduszy ubezpieczeniowych i emerytalnych, bo wszystkie instytucje finansowe umaczane były w lewarowanych kredytach hipotecznych. Rządy największych gospodarek świata stanęły przed czymś, przed czym broniły się od dziesiątek lat – nacjonalizacją, która stała się de facto jedyną formą ratowania, nie waham się tego powiedzieć, spokoju społecznego. Tylko ktoś pozbawiony wyobraźni i podstawowej wiedzy nie zdaje sobie sprawy przed jakimi zagrożeniami stanął wtedy świat. Nietrudno wyobrazić sobie rozruchy społeczne, stany wyjątkowe, być może nawet wojny. Tak wyglądał właśnie rok 2008 i 2009.

Jak więc można czynić zarzut Tuskowi, że nie wprowadzał w kraju rewolucyjnych zmian? Jak można czynić zarzut, że nie zrealizował wszystkich obietnic wyborczych, w tym oczekiwanego owszem, ale kompletnie nierealnego wtedy obniżenia podatków do słynnego 3×15? Jak można cynicznie czynić mu zarzut podniesienia podatku VAT o 1%? Nadzwyczajne sytuacje zawsze wymagają nadzwyczajnych działań, co moim zdaniem powinno skłonić rząd do jeszcze większej ingerencji w stawkę VAT, nawet do 25%. Ratowanie państwa wymaga wielu wyrzeczeń, ekipie Tuska zabrakło wtedy zimnej krwi. Być może późniejsza decyzja dotycząca OFE byłaby płytsza lub w ogóle niepotrzebna. Być może.

Ówczesna opozycja, która dzisiaj rządzi państwem, cynicznie wykorzystywała kryzys i ratujące Polskę działania rządu PO/PSL, po to tylko, aby w niecny sposób odzyskać władzę. Nie pamiętam wtedy nawoływań o jedność i o zrozumienie podjętych działań w imię nadrzędnego celu, jakim było dobro ojczyzny. Gdzie wtedy byli ci wszyscy patrioci, którzy dzisiaj gęby mają pełne frazesów? Niczego takiego sobie nie przypominam. Za to przypominam sobie ciągłe walenie w Tuska jak w treningowy worek. A ja uważam, że w tamtym czasie Tusk był zbawieniem dla Polski i ta jego ciepła woda w kranie też. Całe szczęście, że u steru władzy stał wtedy rozważny demokrata nasiąknięty ideami liberalizmu doprawionego prospołecznym sosem. I choć dla mnie, jako głębokiego liberała, potrawa ta była lekko zbyt kwaśna, to jednak mimo wszystko w tamtym czasie jak najbardziej akceptowalna.

Śmiano się i wyszydzano zieloną wyspę Tuska, ale żadne szyderstwo, czy zmanipulowana post-prawda nie zmieni faktu, że Polska rękami Tuska wyszła z pożogi obronną ręką, na tyle silna, że dzisiejsza władza może taplać się w luksusie stabilnej gospodarki i niszczyć ją swoimi fantasmagoriami o socjalistycznym państwie, symbolem którego jest niebezpieczny program 500+ i jeszcze bardziej nieodpowiedzialne obniżenie wieku emerytalnego. Żadna zmanipulowana post-prawda nie zmieni faktu, iż skumulowany wzrost gospodarczy Polski w latach 2008-2015 wyniósł 24,2%, a w roku największego dołka – 2009, Unia Europejska zaliczyła wartość -4,5%, podczas gdy Polska +1,6% wzrostu PKB. Krytykując rządy Tuska miejmy z tyłu głowy zawsze to, że z siedmiu lat jego premierowania, co najmniej cztery były latami gigantycznego kryzysu gospodarczego. Mimo to jednak, Polska Tuska potrafiła zaabsorbować miliardy euro unijnej pomocy, przeznaczając je prawie wyłącznie w inwestycje strukturalne, które na lata będą podstawą rozwoju państwa, także państwa PiS.

Ale Tuskowi przyszło też zmierzyć się z innym kryzysem, być może jeszcze większym, niż kryzys światowy, bo bezpośrednio dotykający polski naród. Z nieba dosłownie spadła na niego tragedia, która stała się paliwem dla PiS, a gehenną dla całego narodu. Ilość hejtu, jaka wylała się na Tuska po 10 kwietnia 2010 roku przeszła wszelkie oczekiwania i to mimo​, że rząd polski poradził sobie z tą tragedią nie najgorzej. Oczywiście, zawsze można było zrobić to lepiej, pytanie tylko jest najważniejsze – jak można było to zrobić w narastającej atmosferze absurdalnych ataków personalnie wręcz skierowanych w stronę Tuska? Ataków tak absurdalnych, że każdemu normalnemu człowiekowi, stawienie im czoła wymagało nieprawdopodobnie silnej psychiki. Podziwiam Premiera, że w tym całym szaleństwie funkcjonował dalej, tym bardziej, że mam świadomość jak trudne musiało to być dla niego. Można czynić mu zarzut, że to on był prowodyrem wojny polsko-polskiej o krzesła na unijnych szczytach, jak od lat próbuje narodowi wmówić PiS, ale pamiętam doskonale wręczenie teki Premiera przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego​, które odbyło się w bocznej salce Pałacu Prezydenckiego. Pamiętam te wszystkie złośliwości czynione Tuskowi przez Prezydenta, jak chociażby ta podczas spotkania z Condoleezzą Rice, kiedy rechotał on z języka angielskiego Tuska. Żadne zasługi Lecha Kaczyńskiego dla Polski nie zmienią faktu, że był on osobą cyniczną, małostkową i silnie wpływową ze strony brata bliźniaka. Oczywiście i Tusk nie pozostawał bierny, i także szczypał Prezydenta, ale płacz jaki zawsze podnosiła prawica na te tuskowe szczypanie był i jest po dziś dzień po prostu żałosny. Miej świadomość, droga prawico, że jeśli bijesz kogoś bez ustanku, ten ktoś będzie oddawał. I nie rycz wtedy jak mały bachorek w piaskownicy, żeś dostał w nos. Żadne komisje i podkomisje smoleńskie nie zmienią faktu, że głównym odpowiedzialnym za tragedię narodową w Smoleńsku jest szeroko rozumiany obóz Jarosława Kaczyńskiego. Żadne miliony wyciągane z kieszeni polskiego podatnika na pseudo badania i stawianie dziesiątek pomników nie zmieni tej smutnej prawdy.

Nie zmieni tego także szlagwort o winach Tuska. Naród z was się śmieje, bo nawet mając w rękach cały aparat państwa, ustawione komisje sejmowe i niezależną prokuraturę pod ręką ministra Ziobro, nie potraficie udowodnić Tuskowi niczego, choć za chwilę półmetek waszych rządów. To akurat nie jest trudne do zrozumienia, gdyż Tusk zawsze dbał o wizerunek partii i swój także. Nie miał skrupułów wyrzucając z PO najbliższych nawet współpracowników choćby za podejrzenia afer. Nie wnikam, czy były to walki frakcyjne wewnątrz Platformy, piszę to jako wyborca i jako wyborca oceniam to, że Tusk w tych sprawach działał z reguły szybko. Dziś nie widzę tego w działaniach Jarosława, na którym nawet stodoła ministra Szyszko warta milion złotych nie robi wrażenia, ale zegarek ministra Nowaka za 10 tysięcy był powodem politycznego trzęsienia ziemi, forsowanym przez PiS i prawicowe media.

Tuskowi nie da się zrobić jednego: przykleić mu łatki aferzysty. Nie da się powiązać go z żadną aferą finansową, czego nie da się zrobić z Kaczyńskim i jego Porozumieniem Centrum, które do dziś jest umaczane w niejasnej sprawie rozliczenia majątku RSW Prasa Książka Ruch, umorzenia podatków ciążących na PC, czy chociażby powstania imperium finansowego wokół Srebrnej. Również sprawa SKOKów jest mocno pozwiązana z PiS, a jeśli coś jest z tą partią powiązane, jest też powiązane z Kaczyńskim. Niczego takiego nie da się przykleić Tuskowi. Nawet absurdalne robienie z niego zdrajcy narodu, który według polskiej prawicy przyjął srebrniki od Angeli Merkel nie trzyma się logicznej kupy, bo albo Tusk był nieszczęściem dla Polski i dobrze, że go nie ma, albo oskarża się go, że uciekł. Na coś się trzeba zdecydować. A tak na marginesie, z ręką na sercu, kto z tego całego grona krytyków, odrzuciłby możliwość awansu? Mogę sobie dać rękę uciąć, że każdy z was ciepnąłby w cholerę ten swój nadmuchany patriotyzm, spakowałby graty i wyjechałby z Polski, gdyby tylko mógł. Czemuż to robicie zatem zarzut Tuskowi, skoro sami zrobilibyście podobnie? To śmieszne, tak samo jak to, że Tusk będąc szefem Rady Europejskiej nic nie robi dla Polski. Czyż może być coś bardziej wpływowego dla naszego kraju jak stanowisko w europejskich i światowych władzach, które piastuje były Premier RP?

Próbowano Tuskowi zarzucić rozrost państwa i rozdmuchane koszty administracji, ale jakoś nie potrafię przypomnieć sobie 30 limuzyn za półtora miliona złotych każda, którymi rozbijaliby się po Polsce jego ministrowie. Jakoś też nie potrafię sobie przypomnieć nalotu 1000 Misiewiczów na Spółki Skarbu Państwa. Nawet rozdmuchana administracja nie była prawdą, bo owszem urzędników przybyło w latach rządów PO/PSL, ale było to związane z absorpcją funduszy europejskich i dotyczyła przede wszystkim samorządów.

Natomiast do Tuska i Platformy mam naprawdę trzy poważne żale – za jeden był bezpośrednio odpowiedzialny, na dwie kolejne sprawy nie da się już udowodnić jego wpływu. Mam oczywiście na myśli sprawę nagranych polityków u “Sowy” i sposób, w jaki sprawa ta została, a raczej nie została rozwiązana. Myślę, że był to dla Tuska cios szczególny, bo przyszedł z własnego obozu. W myśl starego porzekadła: Panie Boże chroń mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam, Tusk stracił w tej sprawie swój polityczny nos. Nie poradził sobie z tą sprawą tak jak powinien był sobie poradzić. Cięcia powinny być wtedy głębsze i bardziej zdecydowane, a pozostawienie tej sprawy następczyni było również bardzo złym pomysłem, w sytuacji kiedy problem powstał za jego czasów. Dla wyborców Platformy był to niemniej bolesny cios – słuchanie niektórych nagranych polityków tej partii w bogatych okolicznościach przyrody stało się tym, czym dla rodzica jest dzienniczek dziecka z wpisaną uwagą o jego zachowaniu. I nie chodzi o śmieszne ośmiorniczki, a o zwykłą głupotę skądinąd mądrych przecież ludzi. Kolejny niezrozumiały dla wyborcy ruch przyszedł później nieco, gdy PO próbowało postawić Kamińskiego i Ziobro przed Trybunałem Stanu. Brakujące do tego 5 głosów stało się wkrótce symbolem nieudolności Platformy. Lepiej byłoby w ogóle z tego zrezygnować, niż pokazać taki blamaż. Kolejnym mocno niezręcznym i niezrozumiałym ruchem było przyjęcie do PO byłego spin doktora PiS Michała Kamińskiego. Nie dało się logicznie wyjaśnić tej decyzji dotyczącej kogoś, kto całkiem niedawno przecież wbijał szpile w Platformę i samego Tuska także. Przysłowiowym gwoździem do trumny była beznadziejna kampania wyborcza prezydenta Komorowskiego, która przelała czarę goryczy, a wybranie dwóch “nadprodukcyjnych” sędziów do Trybunału Konstytucyjnego to już tylko gwoździk mały, ale jakże politycznie istotny. Ilość prezentów czynionych PiSowi przez Platformę w ostatnich miesiącach kadencji poprzedniego Sejmu była niczym najprzyjemniejsza melodia, oczekiwana przez prawicę od lat. Zabrakło Platformie przenikliwości, politycznego wyczucia, a nade wszystko zwykłego, ludzkiego rozsądku.

Czy Platforma wyciągnęła z błędów swoich odpowiednie wnioski pokaże czas. Jedno jest na dzisiaj pewne – póki co, czy to się komuś podoba, czy nie, Donald Tusk jest jedynym, najmocniejszym kandydatem na lidera opozycji oraz bardzo mocnym kandydatem do prezydentury 2020 roku.

Dodam: osobiście nie mam nic przeciwko temu.

 

 

Czytaj również