Mur Warszawski. Odezwa do tysiącletniego narodu w środku Europy

Drukuj

 

Noc jest gorąca dzisiaj. Nietypowa dla lipca 2017 lat po Chrystusie. 11 lipca. Nagrzane za dnia powietrze wpada przez uchylone okno sypialni i oplata nasze ciała. Jedwabna pościel przyjemnie z nim kontrastuje, łagodząc uczucie duchoty. Tak przydałaby się burza.

Ledwo słyszalny zza okna śpiew polnego konika, przerywa jej cichy szept:

- Dokąd to zmierza?

W jej głosie słyszę obawę, ale wiem też, że to także nadzieja.

Zniżam się do pozycji leżącej i ramieniem zagarniam jej jestestwo, przyciągając je do swego nagiego torsu. Bez słowa przyjmuje ten oczekiwany przez nią gest i wtula się zadowolona. Lubi to, wiem. Takie są kobiety i nigdy się nie zmienią…

Drugą ręką układam sobie poduszkę pod głową i zaczynam swój monolog, samemu będąc niepewnym swych słów. Jestem tylko człowiekiem w końcu…

- Niemcy mieli swój Mur Berliński. Polska Kaczyńskiego ma swój Mur Warszawski. Właściwie to ogrodzenie warszawskie, ale mur brzmi dumniej. Kaczyńskiego sens polityki polega na podziale. Nigdy nie chciał jednego narodu, nawet wtedy, gdy o tym mówi i powtarza jak mantrę. On chce podziału, bo podział determinuje wroga. Wróg jest zawsze tam, gdzie są przeciwstawne wizje. Wizja Kaczyńskiego jest prosta – to władza wszędobylska, bez kontroli narodu, pełna i nieograniczona. Jego wizja państwa totalnego pochodzi wprost od teoretyków i praktyków początków ubiegłego wieku. Znaczną część swojego życia przeżył, czerpiąc wzorce z takiego państwa. Ojciec, którego usilnie chce się wyprzeć, też dołożył swoje. Gdy inni opozycjoniści lat pierwszej Solidarności (z dokumentów historycznych wiemy, że opozycyjność Jarosława w tamtych czasach była łagodnie mówiąc pobieżna) za cel objęli sobie dojście do Polski liberalnej, wolnej od państwa będącego zarządcą plantacji, Kaczyński wymyślił sobie, że gdy tylko dojdzie do władzy jego państwo będzie totalne. Już wtedy wiedział, że na tej drodze nie będzie żadnej przeszkody. Jak mało kto urzeczywistnił pogląd, że cel uświęca środki. W latach 2005-2007 zrobił błąd, dobierając sobie niewłaściwych z jego punktu widzenia koalicjantów, ale już osiem lat później nie popełnił tego samego błędu. Do tego los dał mu coś, czego się nie spodziewał – władzę absolutną w jego rękach. Odrzućmy na bok szczegóły jak do tego doszło.

Od pierwszych dni po przejęciu władzy zaczął swój plan realizować z żelazną konsekwencją, śmiejąc się po cichu nawet z własnej przemowy podczas wyborczego wieczoru 2015 roku. Mówił wtedy: będzie jeden naród i będzie gruba kreska. Mówiąc to, w głowie miał już wszystko poukładane: skok na Trybunał, skok na państwowe spółki, skok na wszystko, co się kojarzy z liberalnym państwem. I co najważniejsze: skok na jeden naród. Dzielił go zresztą już wcześniej, przez całe lata, ale dopiero dojście do władzy absolutnej, dało mu narzędzia, których wcześniej nie miał. I umiejętnie podsycał emocje.

Ale w pewnym momencie, tak jakoś pod koniec zimy tego roku, te emocje zaczęły słabnąć, głównie za sprawą afery Berczyńskiego. Dochodzenie do prawdy smoleńskiej Kaczyńskiego stawać zaczęło się groteską, co widać było w malejącej frekwencji podczas miesięcznic. Wtedy wymyślono, nie sądzę, aby to wymyślił sam Kaczyński, zmianę ustawy o zgromadzeniach, wprowadzając pojęcie manifestacji cyklicznych objętych specjalną ochroną. Było oczywiste, że gorszy sort narodu zareaguje. I zareagował kontrmanifestacjami. A Kaczyński mógł otworzyć na Nowogrodzkiej kolejnego szampana, tym razem Dom Pérignon Vintage Brut 2006 – stać go, tym bardziej, że okazja przednia. Znów wrócił do gry, znów narzucił narrację i znów opozycja dała się w tę grę wciągnąć. Wraz z kontrmanifestacjami przybyły nowe posiłki po stronie Kaczyńskiego. Tak ruch smoleński znowu odżył.

A Kaczyński dalej budował mur, aż zbudował go, w sensie stricto, w nocy 10 lipca. Tak jak komuniści budowę Muru Berlińskiego zaczęli pod osłoną nocy, tak Kaczyński Mur Warszawski postawił nocą. Tak właśnie podzielił tysiącletni naród ostatecznie i definitywnie.

Ale czy my, naród Chopina, Kopernika, Skłodowskiej-Curie, Sienkiewicza, Wyspiańskiego, Witkacego, wielkich królów polskich, żołnierzy wyklętych, powstańców wszystkich powstań i bohaterów walki z komuną mamy dalej się dawać tak rozgrywać jednemu, ogarniętymu chorą wizją władzy, człowiekowi? Mamy dalej grać w jego grę?

Mówię więc wam: grajmy w swoją grę. Zostawmy Kaczyńskiego, jego wyznawców i ich miesięcznice samym sobie. Niech sobie chodzą 10-go i opowiadają te ich bzdety o dochodzeniu do prawdy, która ma nas wyzwolić. Niech chodzą. Niech świat zobaczy tysiące policjantów, którzy zwożeni są dla garstki ludzi, bo w końcu do garstki to stopnieje. Wypali się, bo tylko zakazany owoc smakuje najlepiej.

W zamian za to zróbmy marsze następnego dnia i dokładnie tą samą drogą. Od kościoła pod Pałac Prezydencki. Zróbmy marsze kolorowe, pełne radości i uśmiechu. Koniecznie z biało-czerwonymi. I zgłośmy to w magistracie jako manifestację cykliczną. Do 2021 roku, jak Kaczyński swoje. Koniecznie!

Głos mój zawisa w powietrzu. Świt rozjaśnia okna w sypialni. Wtulona we mnie postać kobiety oddycha miarowo, głębokim, spokojnym snem. Jest bezpieczna gdy tak śpi na moim ramieniu.

Nadchodzi nowy dzień. Co nam przyniesie, nie wiem…

 

 

 

Czytaj również