Mój Woodstock

Drukuj

Kostrzyn nad Odrą to w zasadzie małe, senne miasteczko tuż przy granicy polsko-niemieckiej. Niczym się nie różni od wielu podobnych mu miasteczek wzdłuż granicy, mimo że to zachodnia Polska, to ślady bytności Armii Czerwonej po dziś dzień są aż nadto widoczne. W czasach słusznie minionych były to tereny właściwie radzieckie. Z wszystkimi tego konsekwencjami.

Gdy w 1994 roku powstawała idea wielkiego, wolnego festiwalu, nazwę zaczerpnięto z kultowego Woodstock oraz bardzo popularnego wtedy serialu o miłości, przyjaźni, braterstwie i szacunku do odrębności – Przystanku Alaska. Tak powstał nasz polski Przystanek Woodstock. Pierwsze koncerty gromadziły ok. 15-30 tysięcy gości. Największy do tej pory Przystanek odbył się w 2014 roku i zgromadził wtedy astronomiczną liczbę 750.000 ludzi. Fundacja Jurka Owsiaka organizuje corocznie ten festiwal w podziękowaniu wszystkim, którzy biorą udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Nie ma i nie może być lepszej formy podziękowania.

Od samego początku kibicowałem tej idei, ale urzeczywistniłem ją dopiero w 2013 roku. Gwiazdą Przystanku był wtedy amerykański Anthrax. Na mnie duże wrażenie zrobił też koncert Farben Lehre z przyjaciółmi, a zwłaszcza fragment z udziałem Michała Jelonka. Genialne połączenie jego skrzypiec z punk rockiem Farben Lehre.

Do Kostrzyna wjeżdża się czterema drogami: od strony autostrady A2, od strony Gorzowa, od strony Myśliborza i od strony Frankfurtu. Zwykle to typowe, puste drogi jakich w Polsce prowincjonalnej pełno, ale w czasie Woodstock zamieniają się one w arterie o znaczeniu strategicznym. Już kilkanaście kilometrów przed Kostrzynem ruch na nich wyraźnie wzrasta, czuć atmosferę czegoś ważnego. O tym, że zbliżamy się do miasteczka świadczy też kolorowa młodzież podążająca poboczami, objuczona plecakami i namiotami.

Na mój Woodstock wybrałem się tak jak należy – z całą najbliższą rodziną. Córka z zięciem i syn ulokowali się standardowo, czyli na największym polu namiotowym w Polsce w jaki zamienia się teren festiwalu na jego czas. Ja z żoną – kulturalnie, jak przystało na szacownych rodziców, w Łąkominie, w przepięknie odrestaurowanym pałacyku, w którym wszystko przypomina czasy dawno minione. Jeśli myślisz o jakimś innym lokum niż namiot, zapomnij o wolnych miejscach na dwa-trzy miesiące przed Przystankiem. Jedyny mankament noclegów poza terenem festiwalu, to codzienny dojazd i powrót na miejsce – masz wtedy do wyboru dwie opcje: albo kierowcą jest towarzyszka, albo rezygnujesz z używek. Wybór opcji zależy od decyzji towarzyszki, chcesz być dżentelmenem – nie ma wyjścia. Nocowanie w bardziej cywilizowanych warunkach ma też swoją stronę czysto praktyczną – twoi najbliżsi mogą skorzystać choć raz z prawdziwej łazienki i wziąć prysznic. Nawet dla młodych ludzi, to przydatna czynność podczas tych trzech dni.

Kto nie był na Przystanku ani razu, nie jest w stanie zrozumieć jego przesłania i atmosfery jaka na nim panuje. W 2013 roku festiwal odwiedziło około 550 tysięcy ludzi i ani razu nie natknąłem się na żaden przejaw przemocy, mimo że podczas jego trwania natkniesz się na każdy rodzaj subkultury młodzieżowej. Wyjątkiem nie są też napakowani, krótko ogoleni i wydziergani panowie, którzy na co dzień kibicują różnym klubom piłkarskim. Mitem, powtarzanym z uporem maniaków przez wszystkich tych, którzy z różnych przyczyn chcą zniszczyć ideę Owsiaka, jest mit o przemocy panoszącej się podczas Przystanku. Czym w istocie jest Woodstock, zrozumiesz, gdy późną nocą usiądziesz na zboczu wzgórza vis a vis głównej sceny i z oddali ogarniesz wzrokiem i słuchem falujący poniżej tłum oraz światła i muzykę, bijące, niczym serce wielkiego miasta w samym środku lata. Albo gdy wejdziesz tam w ten tłum, by wmieszać się w niego podczas jednego z licznych koncertów, które trwają w zasadzie od wczesnych godzin przedpołudniowych do wczesnych godzin rannych. Kto nie lubi dużych koncertów, przechodzi na drugą stronę wzgórza i tam może obcować z małą sceną, na której odbywają się bardziej kameralne przedstawienia muzyczne. A kto nie ma akurat ochoty na żaden rodzaj sztuki muzycznej, ten idzie pod wielki namiot, gdzie swe miejsce ma Akademia Sztuk Przepięknych. Bo Woodstock tak naprawdę ani nigdy nie zasypia, ani nigdy nie wstaje.

To nieprawda, że Przystanek Woodstock nie jest zorganizowany. To wierutne kłamstwo, jakich wiele na temat festiwalu krąży po Polsce. Przystanek zorganizowany jest wbrew pozorom perfekcyjnie i to pod każdym względem. Teren festiwalu zamienia się podczas jego trwania w samowystarczalną kolonię – jest tu nawet olbrzymi supermarket jednej ze znanych sieci handlowych. Na odpowiednio wysokim poziomie zorganizowane są kwestie bezpieczeństwa, sanitarne i ochrony zdrowia. Wierutną bzdurą jest powtarzany argument, że na Przystanku Woodstock króluje hasło “róbta co chceta”, które ma przecież całkowicie odmienną konotację, od tej, którą próbuje się nam, Polakom, wmówić.

Z festiwalu żyje nie tylko Kostrzyn, ale także okolice w promieniu kilkunastu kilometrów. I co najważniejsze – żyją z niego wyłącznie polscy, mali przedsiębiorcy. Jeśli obecna władza tak ponoć bardzo troszczy się o nich, to fakt ten powinien być jednym z głównych argumentów przemawiającym za trwaniem Przystanku.

Z najnowszych doniesień medialnych wiemy, że tegoroczny Przystanek Woodstock jest poważnie zagrożony. Nie ma też pewności, co się stanie z kolejnymi edycjami. Obóz dzisiejszej władzy w Polsce traktuje go jak polityczne narzędzie, którym można uderzyć w Jurka Owsiaka i jego WOŚP. Ani Orkiestra, ani tym bardziej Przystanek nie mają niczego wspólnego z polityką, ale dzisiejszy obóz władzy jest w stanie ze wszystkiego zrobić jej narzędzie, aby w bezmyślny sposób zrealizować swoje nadrzędne hasło zemsty nad wszystkim i wszystkimi, którzy nie są z tym obozem za pan brat.

Ministrze Błaszczak – mało wam demonstrantów na ulicy? Chcecie tym razem zmierzyć się z upokorzonymi młodymi ludźmi? Żadnych lekcji z demonstracji przeciwko ACTA nie wyciągnęliście? Naprawdę trzeba wam uświadamiać, że tym razem na ulice wyjdzie więcej osób niż dotąd?

Ale jeżeli poważnie myślimy o pożegnaniu obecnej władzy w niedalekiej przyszłości, to zamknięcie Przystanku Woodstock jest jedną z oczywistych dróg ku temu. To w końcu tylko jedna edycja. Nie szkoda róż, gdy płonie las – mówi przysłowie. Aby osiągnąć cel nadrzędny, warto ją poświęcić.

Dlatego, panie ministrze Błaszczak, niech pan zamknie Przystanek Woodstock. Ja, niepopierający pana partii, gorąco namawiam pana do tego. Będzie to decyzja, której nie będę krytykował, z nadzieją czekając na jej niechybne efekty. Proszę to zrobić.

A tymczasem, niecierpliwie czekając na pana ruch, żegnam się z panem ulubionym pana hasłem “róbta co chceta!”

Rodak.

 

 

Czytaj również