Jaka piękna katastrofa

Drukuj

Nie wiem, czy wszyscy pamiętamy pierwszą katastrofę PiSu z 2007 roku, ale ja pamiętam ją doskonale. Wtedy też sondaże dawały PiSowi większość konstytucyjną i wtedy też prezes w nią uwierzył. Tylko, że wtedy kondycję miał lepszą, więc po wyrzuceniu na bruk popularnego premiera sam objął ster władzy. Dziś zrobiłby dokładnie to samo, ale dziś do czynienia mamy z “ogólnie znaną tajemnicą Poliszynela” na temat jego zdrowia, co diametralnie zmienia postać rzeczy. To tylko spowodowało, że Kaczyński od razu szukał nowego delfina, delfinkę swoją najwierniejszą wyrzucając na śmietnik, niczym stary, znoszony but. Inny kandydat na delfina przy okazji też dostał prawym, a jakże, sierpowym w szczękę. A tak się starał… Za bardzo, panie Zbyszku, za bardzo.

Osiem godzin przed oczekiwanym wczoraj w napięciu zakończeniem spektaklu pt. “Przypadek Beaty S.” umieściłem na Twitterze ten oto tweet: “Odmieniają słowa: Polska, Polacy i Ojczyzna przez wszystkie rodzaje i przypadki, a tymczasem deal jest następujący: Duda podpisze ustawy o SN, KRS i ordynację w zamian za rząd Morawieckiego, w którym Duda będzie miał swojego ministra spraw zagranicznych. To Polska właśnie”. Uzupełniając swój wpis dodam tylko: Duda będzie miał w rządzie Morawieckiego także ministra obrony. Tak, ten twardy negocjator wynegocjował z Kaczyńskim deal prosty i oczywisty – w zamian za możliwość wpływania na politykę zagraniczną i wojsko przehandlował nienaruszalne standardy demokratycznego państwa prawa, “zgrabnie” tuszując to ławnikami w Sądzie Najwyższym i skargą nadzwyczajną, czyli chlebem dla ludu wśród igrzysk.

Kaczyńskiemu ten deal zresztą też smakuje bardzo, bo poza oczywistym umocnieniem własnej autorytarnej władzy w państwie, liczy na ocieplenie wizerunku swoich rządów za granicą. Jest bowiem oczywiste, że plan Kaczyńskiego polega na tym, iż po przeprowadzeniu najważniejszych z jego punktu widzenia zmian w ustroju państwa (bez większości konstytucyjnej) przychodzi teraz pora na unijne fundusze, które są niezbędne, aby utrzymać tę władzę przy życiu, bo kroplówką dla niej jest jałmużna dla suwerena, a już nawet dzieci w szkole wiedzą, że kasa w budżecie się szybko kończy. Morawiecki jest więc jedyną szansą dla PiS, aby wizerunek zamordystycznego państwa ocieplić, co ma przynieść profity w postaci odkręcenia kurka z napisem “Fundusze”. Co bardziej inteligentni zwolennicy PiS tłumaczą to sobie tak:

- nowe otwarcie w relacjach z instytucjami europejskimi
- otwarcie na centrum przed wyborami samorządowymi
- polityka gospodarcza jako priorytet rządu
- całkiem normalna rekonstrukcja w połowie kadencji.

Ładnie to brzmi, ale nic poza tym. Plan ów skażony jest bowiem błędem zasadniczym, a mianowicie założeniem, że zarówno w Polsce jak i w Europie, żyją sami idioci. Wiara w to, że wykształcony bankster w garniturze od Armaniego, wspomagany przez całkowicie bezbarwnego Dudę, pełniącego obowiązki prezydenta, będą w stanie zamydlić politykom unijnym oczy i wyborcom centrum w Polsce, to jak wiara w elektryczne samochody Morawieckiego i jego plany podboju kosmosu. Kaczyński nie rozumie Unii, nie rozumie idei jednoczącej się coraz bardziej Europy, a Morawiecki nie tłumaczy mu współczesnego świata we własnym, oczywistym interesie.

W PiSie trwa aktualnie istna wojna buldogów pod przysłowiowym dywanem. Jak to na prawicy bywa, po chwilowym zjednoczeniu, przychodzi czas na zagarnianie fruktów, a że słoiki pełne są jeszcze wszelakiego dobra, walka ta jest tym bardziej krwawa. A ośrodków mamy tam co najmniej kilka: jest twardy zakon PC, jest Gowin ze swoim sumieniem, jest oczywiście pan Zbyszek, jest ekipa od biznesmena z Torunia z Macierewiczem i Szyszko na czele, są stronnicy p.o. prezydenta i są także przerośnięte ambicje nowego Padawana ciemnej mocy, wszechstronnie uzdolnionego multimilionera, kompletnie niepasującego do towarzystwa, Mateusza M. Walka ta jest więc coraz bardziej bezpardonowa, co było widać dobitnie wczoraj po wyjściu parlamentarzystów PiS z nadzwyczajnego posiedzenia klubu na Nowogrodzkiej. Wszyscy wychodzili ze spotkania jak zbite psiątka, kompletnie nie wiedząc, co mają ludziom mówić.

Bo problem prezesa polega teraz na tym, jak nie tylko własnemu elektoratowi (co nie jest aż tak bardzo trudne) wytłumaczyć po co właściwie była ta zmiana, ale co gorsza, elektoratowi wahającemu się, płynnemu, wyjaśnić dlaczego zmieniono “jedną z najbardziej wpływowych na świecie kobiet”, zastępując ją człowiekiem z innej bajki. A kłopot to niemały, bo Morawiecki posiada ogromny majątek (aktualnie 7,3 mln złotych w akcjach i oszczędnościach oraz kilka nieruchomości), długie lata był doradcą znienawidzonego przecież Tuska, ma żydowskie korzenie i do tego jest także bohaterem taśm z Sowy i przyjaciół, gdzie objadał się ośmiorniczkami. Dla Opozycji jest więc celem do bicia idealnym, zwłaszcza że jego gospodarcze wizje sprawdzają się tylko na slajdach Power Pointa. Morawiecki jest więc z jednej strony czystym przykładem elit, z którymi to elitami PiS przecież walczy, z drugiej strony jego majątek i pochodzenie nie będzie do zaakceptowania dla populistów i narodowców, którymi obóz władzy stoi. Prezes zatem zamienił przaśną, ale własną Beatę Szydło z powiatowej Polski na kompletnie obcego, elitarnego mistrza prezentacji obrazkowych, a zmiana ta kompletnie nic nie da, bo zarówno była pani premier jak i przyszły pan premier ręka w rękę wprowadzali wizje Kaczyńskiego bez żadnych skrupułów, więc wszystkich ich Kaczyński w rękach swych trzyma. Tylko lud pisowski będzie miesiącami myślał, o co chodzi prezesowi. Ale cóż, uzna w końcu, że geniusza nie należy rozumieć, geniusza należy słuchać.

Dodatkowym problemem dla Kaczyńskiego będzie także styl, w jakim pozbył się Beaty Szydło, najpierw broniąc ją przed złym światem i obsypując naręczami kwiatów, a następnie odbierając jej wszystkie zabawki jednym zdaniem “idziesz w odstawkę”. Zrobił to w typowy sposób dla wszelkiej maści dyktatorków, których w historii świata mnóstwo. Druga sprawa, że postawa Szydło też jest fatalna, nie wiem gdzie ta kobieta ma poczucie godności własnej i elementarnego choćby poczucia honoru, żeby godzić się na takie traktowanie. Uzależnienie w PiSie musi być ogromne i nie sądzę, aby to była kwestia wyłącznie beznamiętnych uczuć uwielbienia do prezesa i miłości do Ojczyzny. Do znanych już nam liczb państwa PiS: 27:1; 438:152; 0,50; 1,00; 1,50; 2,00 (ceny w Lewiatanie); 59 mld złotych deficytu, doszły kolejne – 30:2. I to najbardziej skrótowy obraz Polski lat 2015-2017.

Powstaje zatem pytanie najważniejsze – po co prezes to zrobił? Jedni będą oczywiście doszukiwać się tutaj jakiś decyzji geniusza, pozornie tylko sprzecznych z logiką, inni będą doszukiwać się dalekosiężnych wizji naczelnika państwa, a ja widzę tu tylko zwykłą ludzką zachłanność na władzę oraz rozpaczliwą próbę ratowania beznadziejnej sytuacji. Bowiem, jak napisałem 5 dni temu w ostatnim swoim felietonie, obóz władzy jest niczym Titanic, który właśnie uderzył w górę lodową. Ruch Kaczyńskiego, to nic innego, jak tylko beznadziejna próba zamknięcia grodzi uszczelniających, ale jak dobrze wiemy z historii, najlepsze w tamtym czasie zabezpieczenia nie uchroniły transatlantyka przed katastrofą. I tym razem też nie pomogą. Obóz władzy zakiwał się we własnej grze o władzę absolutną, bo prawica polska takim właśnie grzechem głównym jest skażona od zawsze. Patrzmy i pomagajmy im.

Jaka to będzie piękna katastrofa.

 

Czytaj również